MAGAZINE

WSTĘPNIAK

Festiwalowa redakcja w składzie znacznie uszczuplonym (nie mniej jednak zmotywowanym) melduje się!

Powodów, dla których czytacie nasze powitanie, wpatrując się w ekrany telefonów, a nie w nagłówki świeżo zdjętego z kserokopiarki numeru „Animo Magazine”, nie trzeba wymieniać. Format naszego komentarza dostosowany został do okołopandemicznej rzeczywistości, w której przyszło nam wołać o kulturę. Przyrzekamy wołać dość głośno, by wspólnie przejść przez nowe doświadczenie, jakim jest przymusowe rozszczepienie teatru na przestrzeń scenicznie namacalną i abstrakt internetowej chmury. Pilnie nasłuchujcie. Na widowni kinoteatru i w domowym zaciszu. Na onlajnie i na lajwie. Nieistotne, gdzie – po prostu bądźmy, tak, jak co roku przez 19 lat spędzaliśmy razem jesienie w Kwidzynie.

Festiwalowy OFF rozpoczniemy od otwarcia wystawy Animo w plakacie by Dawid Zalesky (foyer kinoteatru 17:30), natomiast ON wystartuje o 18:00 wraz z pokazem chorwackiego spektaklu Dindim, o czułości (nadaje się też dla młodych widzów od 9. roku życia, więc odwiedzajcie nas w sieci całymi rodzinami!).

Widzimy się! Słyszymy się!

Redakcja „A Magazine”

Marcelina Widz

Adam Karol Drozdowski

_

TEATR PAPAHEMA – CALINECZKA DLA DOROSŁYCH

Od premiery spektaklu, zrealizowanego w ramach konkursowej kooperacji Papahemy i Teatru Montownia, minęło pięć lat. Był to wówczas istotny rozdział w rozwoju przynajmniej pierwszej z wymienionych grup.

Rozdźwięk między tym, co pragnęłam zobaczyć, a tym, co w istocie zdarzyło się na scenie kwidzyńskiego kinoteatru, odebrał mi sporą dawkę frajdy. Frajdę, owszem, dawały umiejętnie, grubą kreską budowane postaci nadpobudliwego Motyla, flegmatycznej Myszy czy wyjątkowo rozochoconego Kreta. Do momentu, kiedy kreska okazała się być zbyt gruba. Bo mało tego! Były i italodiscowe rytmy. I sprośny humor w stylu wujka z wąsem. Śpiewy i tańce. Jestem więcej niż pewna, że sugerowana przez twórców mroczna strona calineczkowych archetypów, nawet gdyby nie była opakowana w błyszczący papier steampunkowo-ekspresjonistycznej estetyki, musiałaby wyglądać inaczej.

Gdybym tylko wiedziała, w którą stronę zmierza tok spektaklu, na którą konwencję postawili artyści – baśniową czy kabaretową, z nadrzędną rolą narratora czy z zachowaniem równoważności między animatorem i Animowaną przez niego lalką. Ile bym dała, by dostrzec w gestach narratora kierującego nie tyle nawet przebiegiem opowieści, co samymi formułami jego odgrywania (kapitalne zatrzymywanie dźwięku albo kilkukrotnie powtarzany wstęp „dawno dawno temu”), coś więcej niż puszczony, niespuentowany epizod. Epizodyczność, urywkowość i niekonsekwencja to podstawowe problemy Calineczki dla dorosłych.

Ale też chciałabym baśni, jak głosił tytuł, dla dorosłych. Czyli takiej, w obscenie której istotnie kryłaby się obsceniczość. Albo takiej, która dostosowałaby się do realiów współczesności, nie idąc z nią na ideologiczną kolizję. Tymczasem Papahemowa opowieść o przygodach maleńkiej dziewczynki – mam nadzieję, że nieświadome – utrwala mnóstwo szowinistycznych, uprzedmiotawiających stereotypów dotyczących kobiecości, traktowanej wyłącznie w perspektywie seksualnej. I nie mogę oprzeć się poczuciu, że wysycenie spektaklu dowcipasami sprowadzającymi się do rechociku HEHE SEKS nie jest tym, czego oczekiwałby faktycznie dorosły widz.

A szkoda, bo chciałoby się znacznie więcej. Spektaklu o konsekwentnie skonstruowanej narracji i formie, będącej równocześnie odzwierciedleniem deklarowanych zamierzeń Papahemy i Montowni, a nie tylko widowiskowej i technicznie sprawnej rozrywki. Ileż byłoby na tej płaszczyźnie pola do popisu!

_

TEATR SCENA 96 – CZARNY ŁABĘDŹ

Aktorzy teatru Scena 96 w swoim Czarnym Łabędziu bawią się motywami z Andersenowskiego Brzydkiego kaczątka, i bawią się świetnie. Zaryzykowałbym wręcz, że bawią się tak dobrze, że żaden Andersen nie jest im do tego potrzebny.

Bo też i sedno znanej baśni – opowieść o akceptacji inności, spuentowana przemianą niezrozumianego, burego pisklęcia w śnieżnobiałego, dostojnego łabędzia – właściwie wcale nie jest w spektaklu istotne; sprowadza się do kilku gagów z użyciem wielkiego butaforowego jaja i ledwo naszkicowanej sekwencji po wykluciu się „tytułowego” bohatera. Bardziej to dowcipny przypis do powszechnie znanej historii, niż próba jej nowego odczytania. Ale nie mam o to żalu, kiedy przedstawienie niesie opowieść zgoła inną, a nie mniej esencjonalną.

Otóż oglądając Czarnego Łabędzia, czułem się momentami, jak gdybym sam wrócił do wieku przedszkolno-podstawówkowego, kiedy w teatrze zmyślne scenograficzne maszynki do odgrywania opowieści rozbudzały wyobraźnię, a – dziś brzmiące niemal anachronicznie – opowieści o harmonii świata, następstwie pór roku z ich tradycyjnym rekwizytorium, również symbolicznym, jak bociany niosące na wiosnę dzieci, czy bożonarodzeniowe prezenty dla całej zwierzęcej trzódki, budowały moją dziecięcą pewność i poczucie bezpieczeństwa.

„Anachroniczny” – to zresztą dobre słowo dla opisu formy przedstawienia. Scena 96 w pełni świadomie odwołuje się tu do niedzisiejszych estetyk, począwszy od stylizowanych na powojenne drewniane zabawki dziecięce lalek, przez zmieniające się landszaftowe tła w scenicznym okienku wykorzystywanego jako scenografia standu, po konwencję niemego, operującego tylko onomatopejami slapsticku w grze obu aktorów. I – kto by pomyślał! – nie ma to w sobie nic z ramoty, pociąga, bawi, tuli, żyje.

Spytajcie mnie, albo któregokolwiek innego dziecka na widowni!

_

COMPANIA ZERO EN CONDUCTA – ANIMA-ANIMAE-ANIMAM

Compania Zero en Conducta wyrosła z pasji do pracy fizycznej, lalek i kina. W swojej najnowszej produkcji, Anima – animae – animam, teatr wykorzystał niesprzyjającą dla kultury sytuację pandemicznej niepewności, by korzeniami owej, skondensowanej do filmu dokumentalnego miłości, objąć cały świat. Bez wątpienia najświeższy owoc ich pracy jest najpiękniejszym i najsmaczniejszym produktem współdzielenia idei teatru, którego miałam przyjemność w ostatnim czasie posmakować.

Film zrealizowano na podstawie trzech spektakli: Eh Man He – Mechaniki duszy, Ostatniego tańca Brigitte i TRASHHHHH!!! Jednakże, zgodnie z powziętymi przez Conductę założeniami, nie zamknięto go w obrębie tych jedynie widowisk. Do urywków historii Nolana, bohatera zaprzeczającego własnej lalkowej tożsamości, małej kuleczki śmieci o wielkich artystycznych aspiracjach i Brigitte, tak starej, że jej wspomnienia to czarno-białe klisze zacinające się w takt trzeszczącego gramofonu, hiszpański teatr wtłacza element ożywionej materii.

Tak, to ona, anima – produkt wyjściowy wynikły z połączenia tańca i kreatywności, owoc starań hiszpańskich lalkarzy, ruch, pasja i wolność – staje się narratorem i tematem opowieści. Dlatego powtórzę raz jeszcze: dzięki niej Anima – animae – animam zamienia się w coś więcej niż historię opowiedziana poprzez wykorzystanie zAnimowanych lalek, palców odzianych w dresy i przedmiotów znalezionych na śmietniku. Staje się próbą zdefiniowania fenomenu istnienia duszy. Zero en Conducta zaczyna ją od słów: „Dusza trwa gdzieś pomiędzy impulsem a ruchem, pomiędzy uczuciem miłości a pocałunkiem, pomiędzy szczęściem a śmiechem, między smutkiem a łzami […]”.

Mam wrażenie, że wysiłek włożony w poszukiwanie równowagi między kuriozalnymi założeniami Duncana MacDougalla (jego teorii o istnieniu duszy ważącej 21 gramów), współczesną metodologią badawczą a Animocentryzmem i odnajdywaniem miejsca dla lalkarzy w tym całym zawirowaniu pytań o rolę duszy, jej istnienie albo brak, opłacił się. O tytuł przewodników dusz dla wszystkich lalkarzy Conducta walczyła z zacięciem. Wszakże Animowanie to nic innego jak ożywianie, przenoszenie cząsteczek ruchu, nadawanie znaczenia. Obdarowywanie duszą. Duszą, którą (o ironio) przedmioty – lalki – ożywione i nieożywione jednocześnie, otrzymują z rąk przewodników dusz – lalkarzy – takoż samo napiętnowanych i „bezdusznych” co ich koleżanki prostytutki. Conducta uderza w ten absurd pojęciowy raz za razem, by podkreślić wartość lalki i lalkarza. Tytuł przewodników dusz bez wątpienia zdobywa.

Hiszpańska grupa teatralna kłania się solidarnie w stronę wykluczonych wrażliwców, wszystkich tych, którzy potrafią odnaleźć piękno w kuble na śmieci i zaprezentować je światu w formie lalki z papierowych kubeczków, siatki i skórki po bananie. Oddaje hołd minimalizmowi formy, kreatywności twórczej i wartości dawania szczęścia – tu ożywiania – poprzez taniec. Podkreśla istotę wartości animatora samego w sobie, podniesionego do rangi boskiego kreatora i snycerza Gepetta jednocześnie.

Tak jak bajkowemu twórcy wystruganego chłopca, lalkarzom miłość przecieka bowiem przez palce. Ożywione przezeń lalki stają się jakby skutkiem ubocznym ich miłości do teatru. Cząstką ich duszy.

_

NATALIA SAKOWICZ, MACIEJ CEMPURA – ODDALEŃCY

W Oddaleńcach Natalii Sakowicz i Macieja Cempury, podejrzewam, można się albo do dna rozmiłować, albo całkiem ich odrzucić. I wyobrażam sobie, że obie reakcje świadczyłyby o sukcesie zamierzenia artystów, którzy szukają odpowiedzi na pytanie, „czy […] poezja ma jeszcze dla nas współczesnych jakiekolwiek znaczenie”. No więc, przepraszam za prostacko brzmiącą odpowiedź – dla jednych ma, dla innych nie ma. Nigdy nie było inaczej.

Że różne sploty wszechświatowych okoliczności sprawiły, że dla mnie akurat ma – jestem w Oddaleńcach rozmiłowany. Ale fakt faktem, że literatura, która służy za pierwsze tworzywo spektaklu, nosi kulturowy bagaż, który sam może służyć za sedno tych rozważań. Leśmian, w swoich czasach przełomowy, a równocześnie uważany za wstecznego wobec awangard, dziś będący dla jednych nieznośną ramotą, dla innych niedoścignionym przykładem władzy nad językiem, nawet sam siebie potrafił rozpatrywać w perspektywie dychotomii bycia „współczesnym”. Padną więc w spektaklu i wyjątki z jego pism krytycznych, i nawiązania do bliskiej mu filozofii Henriego Bergsona, i niosące się szmerem po widowni pieszczotliwe poetyckie określenia miejsc intymnych jego ukochanej.

Kojarzy mi się użyta przez twórców forma afabularnego scenicznego laboratorium, brania znajomych treści pod krytyczną lupę, korzystania z hybrydowych, performatywno-muzycznych zabiegów, ze sposobem myślenia o teatrze Malabarów. I cóż począć, że lubię tę formułę, czuję się jako widz potraktowany poważnie. Ale być może ważniejsze w przypadku Oddaleńców jest, że spektakl nie został przeintelektualizowany, że ma w sobie tę bergsonowsko-punkową witalność, o którą chodzi, kiedy mówi się o miłości. Bo ostatecznie cóż innego jest u Leśmiana w centrum uwagi? I tak, żywsze reakcje wywoływały przecież fragmenty jego czule erotycznych listów niż literaturoznawczych wywodów.

Dwoje artystów wobec form sztuki. Dwoje ludzi wobec siebie. Ot – nieśmiałe wręcz wyznanie miłości. Niedużo. Ale w czasach niechętnie patrzących tak na wyrazy miłości, jak intelektu – nie ma być może nic ważniejszego.

_

TEATR WARIATE – BAŚN O GRAJĄCYM IMBRYKU

Baśń o grającym imbryku Teatru Wariate to spektakl przyjazny najmłodszym i ich kwitnącej wyobraźni, rozpostarty na wszystkich kształtujących umysł dziecka płaszczyznach. W świecie disneyowskiego przebodźcowania właśnie taki powinien być teatr dla dzieci. No, prawie.

Marzeniu bohatera, by móc poznać życie inne niż własne, towarzyszy powracająca oprawa muzyczno-wokalna i scenografia pełniąca rolę pudełka skarbów, z którego odkrywane wieka – drzwiczki, szyldy, żaluzje – przenoszą widza w coraz to nowe miejsca. Razem z Kowalem, Koniem, Muchą i ich magicznym imbrykiem przeprowadzamy się kolejno do warsztatu szewca, sklepiku w śródmieściu i willi hrabiego. Wraz z przeprowadzkami nabywamy pewności, że może i nasze życie nie składa się z samych przyjemności a praca nie zawsze należy do najlżejszych, ale jednak tam, skąd pochodzimy, czujemy się najlepiej. I tak, z dumą wracamy do warsztatu kowala, by w spełnieniu wykuwać podkowy i śpiewać piosnki o dostatnim życiu w towarzystwie trzódki zwierząt. Ot, baśniątko.

Ale w jakim opowiedziane stylu! Gdyby Tim Burton, wyzbywszy się wpierw umiłowania do groteski, postanowił posnuć idylliczną (i nieco naiwną) opowieść o społeczeństwie feudalnym średniowiecza, brzmiałby zapewne tak, jak Wariate. A już z całą pewnością tak, jak ich wielkookie lalki.

No właśnie, prawie. Grający imbryk kwestię zasadności w doborze społecznie akceptowalnych dla dzieci nauk pozostawia nierozstrzygniętą. Nie jestem pewna, czy era „wychodzimy za mąż z miłości (a nie dla korzyści)” nie jest już dawno za nami i, że może najwyższa pora, by edukacja dla najmłodszych oparła się na fundamentach szacunku do samego siebie i innych. Na zrozumieniu, że owszem, kochać jest rzeczą piękną, ale jeszcze piękniejszą – respektować granice drugiego człowieka. A w tym akurat przypadku, konia.

Ze zniecierpliwieniem wyczekuję chwili, kiedy te idee na dobre trafią na deski teatru dla dzieci.

_

ORGANIZACJA SZTUKI GLUGLL – DINDIM, O CZUŁOŚCI

Chorwacki spektakl Dindim, o czułości to onlajnowa propozycja Animo dla młodych widzów. Prosta opowiastka o nieoczekiwanej przyjaźni człowieka i zwierzęcia, tu podkręcona o dodatkowy faktor wzruszeń, skoro bohaterami są staruszek-samotnik i zaplątany w sieci pingwin, faktycznie parę razy łapie za gardło niewymuszonym ciepłem. Miło się ogląda tę czułą animację, a że fabułka jest schematyczna aż po generyczność, nie przeszkadza w tym brak polskich napisów poza węzłowymi momentami. A temat też jest dość wdzięczny, żeby zmieścić w nim i kilka myślątek o ekologii i odpowiedzialności człowieka wobec dzikiej natury.

I miałbym pewnie jakieś uwagi do rozlazłego rytmu, do przesadnego zagadania przebiegu nieznaczącym mamrotem, ale nie mam potrzeby ich wyrażać, kiedy koniec końców udaje się twórcom wywołać autentyczne wzruszenie. Natomiast jeden problem nie daje mi spokoju: najmocniej identyfikuję się tu z postacią weterynarza, pojawiającego się wyłącznie jako głos z offu, do którego główny bohater wydzwania jak potłuczony o każdej porze dnia i nocy. Może to tylko wina mojej pracowniczej empatii – a może jednak błędy w konstrukcji protagonisty?

_

KRZYSZTOF FALKOWSKI – SCENOGRAFIA TEATRALNA JAKO OBIEKT MUZEALNY

Cały kraj w żółtej strefie (i deszczu), a onlajnowe Animo mimo to oferuje wycieczkę do miejsca pięknego (i słonecznego)!

Scenografia teatralna jako obiekt muzealny to wirtualny spacer po Zaułku Animacji, miejscu, które Krzysztof Falkowski zbudował dla siebie, swoich lalek i dla Was, widzów jego teatru, w prześlicznej miejscowości Lanckorona w Małopolsce. Po Zaułku oprowadza na wideo sam gospodarz, nie tylko pokazując zgromadzone tam formy lalkowe i opowiadając o ich zastosowaniu, ale też podgrywając nimi krótkie scenki, wyjątki z poszczególnych spektakli. Jeśli znacie Falka, a pewnie znacie, wszak jest od lat bywalcem kwidzyńskiego festiwalu, wiecie, że należy się po nim spodziewać nieziemskiej pasji i kosmicznej wyobraźni. Warto złożyć mu tę cyfrową rewizytę.

Tym bardziej warto, jeśli zastanawiacie się, co to znaczy być offowcem. Falkowski pokazuje, że znaczy to – mieć do swojej pasji miłość tak wielką, że własnymi rękami buduje jej się taki dom. Marzenie!

_

TEATR MALABAR HOTEL – WIOSNA

Żeby wystawić Brunona Schulza na deskach teatru, nie należy jedynie parać się awangardą. Wymagań należy spełnić znacznie więcej – posiadać scenograficzny zmysł formalisty, oko do twórczego ożywiania materii i słuch wyczulony na wagę wypowiadanego słowa. Kto, jak nie Teatr Malabar Hotel, nadaje się do realizacji takiego zadania?

Mam nieodparte wrażenie, że Marcin Bartnikowski i Marcin Bikowski wybrali Wiosnę jako podstawę do poszukiwania świeżych środków scenicznego wyrazu. Wykorzystali tekst długi (najdłuższy ze zbioru opowiadań Sanatorium pod Klepsydrą) i asceniczny, którego skomplikowana warstwa literacka zaburzyła przejrzystość spektaklu, a na pewno permanentnie utrudniła skupienie na formie. Nie jestem pewna, czy bariera w odczytaniu Wiosny wypłynęła z samego dzieła literackiego, czy ze zbytecznego (a raczej, niekompatybilnego z zamierzeniami scenicznymi) wgłębienia się w jego istotę i treść.

Właśnie, jaką treść? Że jesteśmy – my, czyli ludzkość i Józef, czyli Bruno Schulz w przededniu wojny – o krok przed katastrofą. Że wszystkie znaki na ziemi i niebie składają się na ostrzeżenia, których nie dostrzegamy, pochłonięci rozkwitaniem. Wątki społeczno-polityczne przedwojennych realiów, pochowane w Schulzowskiej prozie, poukrywane zdają się być również i u Malabarów. Klaser ze znaczkami wypełniony jest wizerunkiem Franciszka Józefa, a makro-teatr wyświetlony zostaje na rozpostartym materiale ekranu; dzięki przybliżeniom i oddaleniom kamery wnika w materię scenografii, plastycznie się z nią stapia. Przedstawia bezkształtne plamy, barwne kwiaty i motyle, młode kobiety i pięknych mężczyzn. Tylko raz na jakiś czas w sielankowe zdjęcia wdziera się wizja Auschwitz, wagonów bydlęcych i wygłodzonych postaci w pasiastych strojach. Katastrofa totalna. Historia, która wydarzyła się i nie zdarzyła jednocześnie. Której za życia bohaterów Wiosny nie było, a z konsekwencjami której my mierzymy się po dziś dzień.

Na razie trwa jednak wiosna. „Bo czymże jest […], jeśli nie zmartwychwstaniem historyj”. Józef spotyka Biankę, ślinka cieknie na samo wspomnienie bez rozdawanych widowni przez Rudolfa (Marcin Bikowski), scena rozświetla się feerią zieleni, plam, kształtów. I jest prawie jak u Schulza, choć u Schulza pamiętam jakoś więcej precyzji, mniej chaosu. Więc może jest zupełnie jak u Malabarów?

Chciałoby się tylko, by ta wiosenna świeżość towarzyszyła Teatrowi Malabar Hotel nie tylko literacko, ale miała również przełożenie na ich sceniczny język. Na to warto poczekać. Choćby do następnej wiosny.

_

LAURA BARTOLOMEI – POEZJA RUCHU (WARSZTATY)

Poezja ruchu — taki tytuł noszą warsztaty Laury Bartolomei — okazała się oznaczać coś innego od tego, co sobie wyobrażałam. Spodziewałam się żywej muzyki i nauki tańca. Wydzieliłam sobie przestrzeń, w której mogłabym się potykać i koślawie powtarzać ruchy Laury. Uderzyło (a raczej przyjemnie musnęło) mnie jednak co innego — jednostajny widok i szum fal włoskiego jeziora Bolsena. Następnie usłyszałam spokojny głos prowadzącej, który tłumaczył mi, o co tu tak naprawdę chodzi.

No właśnie, o co?

„Oto, więc, trochę praktyki pracy nad improwizacją — procesem, który ma wejść głębiej w poznanie samych siebie, w świadomość naszych myśli, uczuć, pragnień i nie ma być niczym więcej od tego” — Laura podchodzi więc do tematu ruchu z innej strony, pragnie nam pokazać własną propozycję sposobu szukania autoekspresji i rozpoczynania procesu twórczego. Dzięki wizualizacji wymarzonego Domu — Domu niezmąconego normami, oczekiwaniami babci i stryja, ostrym pukaniem wyrywającym z rozmyślań, brudnymi buciorami świata na wycieraczce — pozwala uczestnikowi stworzyć przestrzeń przyjazną swobodnemu wyrażaniu siebie. Tylko ty, twoja psychika i badanie jej anatomii. Wszystko, co w tobie siedzi, może się w tym momencie ukazać w formie niecodziennego mebelka czy warstwy grubych koców, leżących na podgrzewanej kanapie. Ta praktyka, bliska mindfulness, zachęca do szczegółowego wybadania siebie samego, co uważam za ogromnie płodne artystycznie i terapeutyczne.

Dom to nie wszystko! Twórczyni zachęca nas do postawienia siebie w sytuacji nie tylko własnej śmierci, ale też cofnięcia się do narodzin. Zagadnienia te, już same w sobie, pobudzają kreatywność i otwierają umysły. Laura chce, żebyśmy nasze tematy fizycznie poczuli, zmysłowo zbadali okoliczności, które przed nami stawiają — odkryjemy nową jakość tworzenia i pracowania z sobą samym.

Cieszy mnie, jak umiejętnie wykorzystane są tu warunki, które z automatu uważamy za niekorzystne i ograniczające. Okazuje się bowiem, że technologiczna bariera paradoksalnie dała sposobność do wniknięcia dalej i mocniej w nas samych; pomogła pozbyć się oczekiwań i poczucia bycia osądzanym, które wielu z nas odczuwałoby wśród ludzi, szczególnie w delikatnych duchowych sprawach tego typu. Czuję w jej decyzji refleksję, która za tym wszystkim stała — by z każdej sytuacji wyciągać to, czego z innej byśmy nie wyciągnęli, czujnie czekać na daną nam dzięki niej następną, specjalną okazję do rozwoju.

Teraz możesz to wszystko wylać. Tańcz, maluj, rzeźb, pisz, śpiewaj — co innego Ci pozostało?

[dla „A Magazine” Nadia Pomierska]

_

TAMTAM OBJEKTENTHEATER – OBIEKTOMANIA

Teatr przedmiotu to jedna z najbardziej niezwykłych dziedzin sztuki animacji. Odkrywanie w przedmiotach codziennego użytku, w złomie, odpadach, możliwości ich ożywienia, możliwości reprezentacji, to niesłychana szkoła dla wyobraźni. Stoi za tym też bogata awangardowa tradycja, gdy ready-made’y miały swój czas w sztukach wizualnych, gdy szturmem brały ściany najważniejszych wystaw w światowym obiegu galeryjnym, ożywione, choć nieme, świadectwem twórczej wyobraźni, wyrażającym się w podpisie drogo wycenianego artysty. Ale teatr przedmiotu, teatr był pierwszy. I nie wahałbym się zaryzykować stwierdzenia, że był pierwszy w życiu każdego z nas, kiedy dysponując niezadeptaną dziecięcą fantazją, bawiliśmy się chętnie wszystkim, co wpadało nam w ręce. Tyle tylko, że nie wszyscy wnieśliśmy potem tę umiejętność do obiegu galeryjnego – czy na scenę.

Artyści z holenderskiego Tamtam Objektentheater tę świeżość spojrzenia na rzeczywistość wokół szczęśliwie zachowali na całe życie. W przygotowanym dla onlajnowego Animo filmie mówią, że w wykorzystywanych przez siebie przedmiotach po prostu szukają talentu, a w gruncie rzeczy wszystkie przedmioty są niezwykle utalentowane. I, widząc prace dwójki aktorów, nie sposób odmówić im racji. Ale też przedmioty, ujawniające talent w spektaklu Obiektomania, tyle mają do powiedzenia o historii świata i tragicznych skutkach Antropocenu, ile ich animatorzy mają wobec nich czułości. Mnóstwo.

Nie będę zdradzał nic więcej z przebiegu spektaklu, bo byłoby to jedynie ze szkodą dla cudownej, poetyckiej, wizualnej suity, zbudowanej z drewnianych klocków po remoncie domu czy zardzewiałych narzędzi z ogrodu, przy towarzyszeniu detali z najwybitniejszych dzieł europejskiego malarstwa. Brzmi to pewnie w tak skrótowym zestawieniu dziwacznie, więc warto, żebyście sami naocznie się przekonali, jak opowiedzieć świat używając jego biegunowo różnych strzępów – przedstawienie, jak i prawie cały program Animo online, jeszcze trochę powisi na stronie. A dodatkową zachętą niech będzie fakt, że nagraniu spektaklu towarzyszy filmowy making of, w którym Holendrzy opowiadają o sposobie jego tworzenia, oprowadzają po swoich teatralnych magazynach, ujawniając równocześnie niewiarygodną czułość i wrażliwość.

I – budząc zazdrość u każdego, kto para się teatrem przedmiotu. Ile byśmy wszyscy dali za takie powierzchnie magazynowe!

_

NELI I MIRO DUSA – POKOCHAĆ LALKI (WARSZTATY)

Nie byłoby festiwalu Animo bez festiwalowych przyjaciół. A już bez wątpienia nie byłoby festiwalu Animo, gdyby zabrakło warsztatów przez festiwalowych przyjaciół prowadzonych! Nie godząc się na teatralną stagnację, Neli i Miro Dusa wyszli naprzeciw pandemicznej rzeczywistości i stworzyli poradnik dla początkujących lalkarzy. Dali tym samym szansę wszystkim tym widzom, dla których samo oglądanie spektakli to za mało; którzy potrzebują na własnej skórze przekonać się, jak pracochłonne jest konstruowanie lalek i ile precyzji wymaga szczegółowe zaplanowanie poszczególnych jej fragmentów – żyłek przytwierdzonych do kończyn, mechanizmów poruszania, sposobów łączenia części ciała. Tak oto powstał cykl warsztatów Pokochać lalki.

Pracę warsztatową Neli i Miro podzielili na trzy części. Tuż po zaznajomieniu się z rodzajami lalek, które Miro ma w swoim zbiorze, a które my – widzowie Animo – mieliśmy okazję podziwiać podczas wystawy na 18. edycji festiwalu, przyjaciele ze Słowacji przeszli do stworzenia formy Czarcika, czyli wycięcia go z dostępnego do pobrania szablonu. Kolejne kroki procesu ożywiania własnej lalki nie były już tak przyjemne. Podobno wystarczyła jedynie kolorowa kartka twardego papieru, klej do zlepiania kartek, nożyczki, kredki, pistolet z klejem, sznurki, koralik i patyczek, a więc narzędzia łatwo dostępne w (prawie) każdym domu. Okazało się jednak, że ja potrzebowałam czegoś jeszcze: mnóstwa cierpliwości.

Proces stworzenia od podstaw swojego własnego Czarcika uświadomił mi, dlaczego tak właściwie warsztaty Pokochać lalki dedykowane były najmłodszym i dlaczego ci z nich, pracujący pod pilnym okiem pedagogów Szkoły Podstawowej nr 5, mieli najwięcej frajdy z warsztatów. Nela i Miro Dusa rozbudzili bowiem pokłady dziecięcej wrażliwości twórczej i kreatywności. Mi tej dziecięcej wrażliwości zabrakło.

_

ROUGES LES ANGES – SPOTKANIE Z ANIOŁAMI

Jeśli okołobackstage’owa historia francuskiej grupy teatralnej Rouges les Anges miała za zadanie rozbudzić moją ciekawość, całkowicie spełniła swoją rolę. Spotkanie z aniołami, oparte na wypowiedziach członków zespołu, montażu fragmentów piętnastu widowisk i genezie towarzyszącej powstaniu jednego z najświeższych, spektaklu Petit detail (Drobny szczegół), zabrało nas w podróż w przestrzeń leżącą na styku dziecięcej literatury i teatru lalek. I w gruncie rzeczy ten, przedziwnie hybrydowy, sposób łączenia plastyki książki dla dzieci (tu: Les Oiseaux Albertyny i Germano Zullo) z ruchem i animacją, to nie tylko pomysł na sam spektakl, co wręcz idea przewodnia zespołu.

Dla Laurence Belet, reżyserki i dyrektorki artystycznej Czerwieni Aniołów, priorytetem jest zachowanie estetyki i płynności spektakli, tworzonych poprzez połączenie skrawków różnych materiałów: cienia, tańca, przedmiotu, przybliżanych i oddalanych wideo. Widać, że (wraz z zespołem) niezmiennie szyje tę teatralną materię i robi to na wskroś konsekwentnie. Na przykład: świadomie wykorzystuje ilustracje z albumu dla dzieci, by przenieść je na scenę jako element scenografii. Do historii wkomponowuje muzykę instrumentalną na żywo wraz z elementami improwizowanymi albo animację w formie wideo. To wszystko, okraszone płynnością ruchów animatorów – Denisa Lagrâce i Loëtitii Besson – składa się na Petit detail, historię spotkania pulchnego kierowcy i małego ptaszka. Warto dodać, że każdy z piętnastu spektakli tworzony jest przy użyciu unikatowych środków scenicznego wyrazu. Ze skrawków różnych materiałów, chciałoby się rzec.

Ostatnie kadry filmu poświęcone zostały przyszłości Compagnie Rouge les Anges na festiwalu Animo. Słyszymy, że „cały zespół wkrótce się z nami spotka, aby przedstawić spektakl Petit detail z albumu Petits oiseaux Albertyny i Germano Zullo. Do zobaczenia wkrótce”. I chyba nie muszę dodawać, że ze zniecierpliwieniem czekam na spełnienie tej, puszczonej w internetowy eter, obietnicy.

_

FEKETE SERETLEK A STUDIO DAMUZA – WE ARE GOING TO DIE (KONCERT)

Zespół Fekete Seretlek a studio Damuza tworzą artyści o korzeniach czeskich, słowackich i rosyjskich. Co fascynujące, grupa w całości składa się z absolwentów Wydziału Teatralnego Akademii Sztuk Scenicznych w Pradze, lalkarzy, tancerzy i aktorów, których praca zawodowa rozsiewa po zakątkach czeskich teatrów niezależnych. Oni jednak, scaleni w zespół, wciąż (bo od 2004 roku) wracają do przeżywania doświadczania zupełnie innego rodzaju. Chwytają akordeon, skrzypce, kontrabas, trąbkę, wiolonczelę, perkusję i wszystkie inne instrumenty jak np. cajón, których nazw nie potrafię nawet wymówić… i grają. Od szesnastu lat!

Zastanawialiście się kiedyś, dlaczego czasownik „grać” może odnosić się zarówno do grania w teatrze, jak i grania muzyki? Co łączy jedno z drugim? I, jak to się dzieje, że od szesnastu lat zespołowi Fekete Seretlek udaje się zlepić obie narracje w historię tak artystycznie przyjemną?

Dla tych, dla których teatralna przestrzeń staje się za wąska, zbyt klaustrofobiczna i niewystarczająco wygodna, czescy artyści mają radę: należy ją poszerzyć o nowe środki artystycznego wyrazu. Zaproponować koncert, kabaret, widowisko. Wydarzenie odpowiednio wciągające i zwariowane. Na koniec opatrzyć je dekadenckim tytułem, jak na przykład We are going to die. Tak, by odkryć w sobie wewnętrznego świrusa. Świrusa w najlepszym tego słowa znaczeniu.

Nie mam wątpliwości, że zespołowi Fekete Seretlek udało się zarazić pasją do sztuk, stanowiących połączenie zgrabności i dzikości jednocześnie. Dla wszystkich niedowiarków – macie szansę, żeby się o tym przekonać!

_

MACIEJ HANUSEK – DŹWIĘKOWE SPA (SEANS RELAKSACYJNY)

Cykl muzycznych seansów relaksacyjnych, festiwalowym bywalcom znany pod nazwą dźwiękowego spa, składa się z trzech filmów. I, chyba nikogo nie zdziwi fakt, że premiery każdego z nich wyczekiwaliśmy z niecierpliwością. Tu należy wytłumaczyć, że wcale nie z powodu wszechogarniającej tęsknoty za nazwiskiem Macieja Hanuska widniejącym na plakacie repertuarowym festiwalu OFFLINE (to też), ale przede wszystkim za potrzebą powrotu do odprężających dźwięków gongów i mis tybetańskich – esencji jego twórczości. Dla mnie był to powrót do korzeni. Do ciepłych wspomnień, przestrzeni oferującej komfort i bezpieczeństwo. Do przystani lejących się i wibrujących tonów.

W tegorocznej edycji do Macieja Hanuska, muzyka, współzałożyciela zespołu TARA GAYAN i twórcy instalacji interaktywnych Budek Nietelefonicznych, dołączyła Joanna Nitefor. Ścieżka muzyczna została tym samym wzbogacona o wizualny performans. Jak zapewnili artyści: „postanowiliśmy, że zrobimy z tego tandem i spróbujemy ożenić ze sobą piękne, fraktalne obrazy […] z dźwiękami, które znacie z poprzednich edycji festiwalu”.

Dobrze wam radzę: jeśli nie potraficie odpędzić się od widma przyszłego tygodnia, wypełnionego obowiązkami i stresogennymi, covidowymi newsami, sięgnijcie po odprężający koncert. To jak mindfulness w pigułce. A potem przesłuchajcie jeszcze raz. I kolejny. A gdy wciąż będzie wam mało, ściągnijcie wersję mp3 tak, by mieć Hanuska zawsze w kieszeni.

_

WALNY-TEATR – LOKOMOTYWA

Tak jak zwykle urzeka mnie nieskrępowana wyobraźnia Adama Walnego, gotowego na rzecz najprostszej przypowiastki zbudować od zera potężne teatralne machinerie, konstrukcje niemożliwe, urządzenia absurdalne, tak też wiem, że niekiedy ów jego temperament musi wodzić na manowce. Tak stało się w przypadku Lokomotywy. Co prawda znów technologicznie jest to błyskotliwe rozwinięcie formuły teatru cieni, wykorzystującego foliogramy (tu nie pojedyncze plansze, ale w zautomatyzowany sposób przewijające się rolki) i starego typu rzutniki (dwa, pozwalające na filmowy montaż dzięki potraktowaniu ich jak lamp operowanych z konsolety), ale artystycznie – nic nie porywa. Ani wyświetlane ilustracje, ani aktorska obecność Walnego. Jedno, co muszę wszak oddać spektaklowi, to rzecz, której wyobrazić sobie nie mogłem, a Walnemu wyszło: oto udało mu się zabić kompletnie rytm Tuwimowskiego wiersza, ba! i to przecież takiego, który w całości zbudowany jest uporczywym rytmem twardo akcentowanych sylab. I choć jest to swoiste osiągnięcie, na odtrutkę wolę jednak wrócić do klasyki, czyli interpretacji Piotra Fronczewskiego. Jeśli jej nie znacie, posłuchajcie, jak samym głosem można zbudować Tuwimowskie sceny wymowniej, niż przy użyciu technologicznych konstrukcji.

_

THEATER DES LACHENS – PIĘKNO I WDZIĘK WG KLEISTA

Spektakl naszych zachodnich sąsiadów (wraz z wprowadzeniem od twórców) jest jedną wielką odą do marionetki – choć pełniej byłoby powiedzieć, że to wyznanie miłości do teatru lalek jako takiego. Trudno się dziwić, kiedy rzecz oparta jest o wczesnodziewiętnastowieczne przemyślenia z Traktatu o marionetkach Heinricha von Kleista, który doszukiwał się szczególnego rodzaju piękna właśnie w nieograniczonych możliwościach, jakie wobec żywego człowieka musi mieć postać przez człowieka ożywiana, nie poddająca się prawom fizyki, grawitacji, będąca jakby spoza świata. Aż szkoda, że onlajnowy pokaz jest krótki, że szuka hybrydowej formy między dokumentem, spektaklem a audycją edukacyjną – bo na tle Kleistowskiego filozofowania prezentowane fragmenty scen ze spektakli niemieckiej grupy robią fenomenalne wrażenie. Piękno i wdzięk – oj, nie ma precyzyjniejszych określeń na te czary, które dzieją się na scenie, tym większy zostawia niedosyt fakt, że poszczególne sekwencje możemy obserwować raczej jako ilustracje do prowadzonej z offu narracji, niż jako pełnoprawny spektakl.

Tu warto ostrzec purystów – nie spodziewajcie się tu zobaczyć w akcji klasycznych marionetek, jakie Animo zna choćby z występów Bence Sarkadiego. Theater des Lachens na bazie marionetkowego mechanizmu buduje niezliczone wariacje, hybrydy z innymi formami lalkowymi, sycylijkami, tintamareskami – ale zawsze nad każdą z postaci góruje krzyżak, trzymany w rękach animatora. Bo czyż nie o to właśnie, o tę relację synergicznej, wzajemnej władzy, nie chodziło Kleistowi?